Otwarcie na użytkowników

Pobierz książkę w formacie epub Pobierz książkę w formacie pdf

We wstępie do swojej popularnej książki The Participatory museum (2010) Nina Simon wspomina badania z 2008 roku, dowodzące, że w Stanach Zjednoczonych przez ostatnie 20 lat nieustannie spadała grupa osób korzystających z oferty muzeów i galerii. Co więcej, członkowie tej grupy – w wymiarze statystycznym – stawali się coraz starsi, a mniejszości etniczne były w niej coraz mniej reprezentowane w zestawieniu z danymi dla całej populacji. Osoby, które przestały bywać w muzeach, niekoniecznie rezygnują z obcowania z kulturą i dziedzictwem – znajdują inne przestrzenie, w których mogą to robić. Przywrócić je instytucjom kultury można – przekonuje dalej Simon – poprzez zmianę ich statusu. Z biernych klientów, użytkowników i konsumentów stać się powinni ich uczestnikami (participants) czy wspólnikami. Narzędzia i zasoby ówczesnego Internetu miały to ułatwić – w roku wydania książki Facebook tylko w ciągu 166 dni od lutego do lipca zdobył kolejne 100 milionów użytkowników i osiągnął już liczbę ponad pół miliarda. ¶1

Można nieco złośliwie stwierdzić, że wprowadzony rok wcześniej do interfejsu Facebooka przycisk „Lubię to!” znacząco usprawnił zmianę statusu użytkowników muzeów, które publikowały swoje strony w tej przestrzeni. Już nigdy aktywna postawa wobec instytucji kultury nie stała się łatwiejsza… Odrzuciwszy złośliwości i tak skrajne uproszczenia, można przyznać zupełnie serio, że proste lajkowanie aktywnie kształtuje działania instytucji kultury na Facebooku, skoro bezpośrednio wpływa na tajemniczy algorytm rządzący regułami wyświetlania treści użytkownikom. Jak widać, partycypacji i interaktywności doszukać się można nawet w tych gestach, które potencjalnie nie mają większego znaczenia. Jakiś czas temu, po ataku nacjonalistycznego hejtu, „Tygodnik Powszechny” chwalił się nową grupą facebookowych odbiorców, lajkujących stronę w publicznym akcie sprzeciwu i obrony tego wartościowego czasopisma. ¶2

Nie tylko w sektorze kultury, ale też w marketingu, edukacji czy nauce umocniony dekadę temu magiczną koncepcją Web 2.0 paradygmat otwarcia się na aktywność użytkowników oraz potrzeby maksymalnej interaktywności instytucji i jej zbiorów trzyma się mocno. Chociaż Internet wspiera ten trend oraz daje narzędzia do realizacji poszczególnych inicjatyw i strategii, otwartość i partycypacja możliwe są także poza jego interfejsem. Dyskusyjne Kluby Książki w bibliotekach to przecież czysta partycypacja, w ramach której osoby spoza instytucji w atmosferze przyjaznej dyskusji podważać mogą książkowe oceny swojej bibliotekarki czy bibliotekarza, a nawet inspirować zakup wybranych nowości. W modelu biblioteki brata Jorge z Imienia Róży taka sytuacja byłaby nie do wyobrażenia. Dzięki temu, że już na wstępie przyjęliśmy postdigitalną interpretację kultury, nie musimy na szczęście wydzielać z szerokiego strumienia aktywności odbiorców i odbiorczyń bibliotek, archiwów czy muzeów partycypacji dziejącej się online i dziejącej się offline. Konsekwentnie jednak powinniśmy dążyć do porządkowania języka, którym się posługujemy, myśląc i dyskutując o instytucjach kultury. Przy okazji partycypacji znów czeka nas takie wyzwanie. ¶3

Pojęcia wyprane ze znaczenia

Działdowo to 25-tysięczne miasto na Mazurach z bogatą historią i XIV-wiecznym zamkiem krzyżackim. W znajdującym się nieopodal, równie historycznym, budynku Ratusza Miejskiego mieści się Interaktywne Muzeum Państwa Krzyżackiego. Warto docenić starania twórców muzeum o przygotowanie możliwie atrakcyjnej ekspozycji, wykorzystującej nowe rozwiązania techniczne, nie oceniając przy tym bez odpowiednich danych ich skuteczności edukacyjnej. Warto też zwrócić uwagę na jego charakterystykę, zapisaną bezpośrednio w nazwie. Bardzo często – w publikacjach, na konferencjach, w przekazie mainstreamowych mediów można przeczytać lub usłyszeć o interaktywności w muzeach, o interaktywnych ekspozycjach, interaktywnych eksponatach, bibliotekach, książkach. ¶4

Co to naprawdę znaczy? Lev Manovich w Języku nowych mediów (2006) zwraca uwagę, że mówienie o interaktywności wobec komputerów czy Webu jest zwykłą tautologią. Przekaz zdania „Nasz dom kultury uruchomił niedawno interaktywnego bloga” nie różni się niczym od przekazu zdania „Nasz dom kultury uruchomił niedawno bloga”. Blog nie może nie być interaktywny, tak samo jak komputer, który z samych założeń swojej konstrukcji technicznej potrzebuje naszych akcji i gestów, aby cokolwiek zrobić. Można to łatwo przetestować na własnym laptopie – przez kilka dni nie naciskać przycisku POWER, bacznie przy tym obserwując, czy coś aby nie pojawia się na czarnym ekranie… W nurcie studiów nad oprogramowaniem problem tautologii interaktywności dotyka w fascynujący sposób granic ontologii – czy gra, w którą akurat nie gram, jest tą samą grą, z której korzystam, kiedy już zaczynam grać? Czy dostępna na stronie muzeum galeria w ogóle istnieje, zanim ktoś kliknie w link ją generujący i wyświetlający w przeglądarce? Przecież dopiero wtedy z masy rozmaitych plików i kodu HTML powstaje wizerunek, który jesteśmy w stanie odpowiednio zdekodować zmysłem wzroku. ¶5

No dobrze, muzeum dostępne przez przeglądarkę jest ze swej alfanumerycznej, dyskretnej natury interaktywne. A muzeum tradycyjne dostępne na miejscu? Nawet jeśli nie posiada najnowocześniejszych urządzeń do prezentacji ekspozycji, jest w stu procentach interaktywne. Każdy, kto po nim spaceruje, wchodzi w relacje z przestrzenią ekspozycji, akceptuje lub negocjuje ścieżkę zwiedzania itp. Interakcja nie musi być nawet mocno widoczna – wycieczki szkolne nudzące się przed starymi wazami wchodzą w interakcję z muzeum, uciekając wzrokiem lub chowając się po kątach. Tym sposobem posługiwanie się pojęciem interakcji przestaje mieć większy sens i trafia ona do słownika wyrazów niepotrzebnych, zajmując miejsce tuż obok offlajnu, cyfrowości, innowacyjności i nowych mediów. Lepiej jej stamtąd nie wyciągać. ¶6

W odróżnieniu od interaktywności, partycypacja, chociaż często wyprana ze znaczenia, nadal pozostaje pojęciem z pewnym potencjałem. Problemem jednak nie jest to, że czasem nic nie znaczy, ale to, że zbyt często nadaje się jej wyłącznie pozytywny charakter. Tymczasem wygląda na to, że zapośredniczana Internetem partycypacja w instytucjach kultury wywołuje przynajmniej tyle samo dobra, co kłopotów. Wrócę na chwilę do wspomnianej już książki Simon, mając przy tym nadzieję, że zainspiruję kogoś do jej lektury. ¶7

Negocjowanie granic

Autorka, szukając kolejnych argumentów za wspieraniem partycypacji w muzeach, opisuje w pewnym miejscu osobliwe studium przypadku. W 2004 roku w sześciu amerykańskich centrach nauki uruchomiono dziwne instalacje. Z płaskiej pionowej ściany wystawało mechaniczne ramię, nad którym powieszono ekran komputera. Zwiedzający i zwiedzające podchodzili do urządzenia i mogli siłować się na rękę z osobą stojącą przed podobnym urządzeniem na drugim końcu sali lub w innym, oddalonym o tysiące kilometrów, centrum nauki. Mierzona przez odpowiednie czujniki siła nacisku przekazywana była z jednego urządzenia na drugie, a osoby, które poddawały się próbie, mogły widzieć się nawzajem na ekranie. ¶8

Internet Arm Wrestling, CC BY Ryan Somma

Dla Simon, która obserwowała taką rywalizację w jednym z centrów nauki, był to doskonały przykład udanej partycypacji: zwiedzający nie tylko stawali się współtwórcami ekspozycji, która bez ich wkładu byłaby martwa i statyczna, ale też wchodzili między sobą w podstawowe interakcje. Mnie natomiast w opisie autorki zaintrygował jeden marginalny szczegół: początkowo urządzenie przekazywało na odległość nie tylko siłę nacisku na mechaniczne ramię i obraz z kamery, ale również dźwięk. Opcję tę wyłączono, kiedy okazało się, że w czasie zmagań z obu stron zaczęły się pojawiać wulgaryzmy. ¶9

To dobra ilustracja problemu z partycypacją. Instytucja kultury otwiera pewien kanał uczestnictwa, po czym nakłada na niego odpowiedni filtr, ponieważ po drodze zaczynają dziać się niepokojące i niezgodne z jej misją rzeczy. W gruncie rzeczy chodzi o rozpoznanie problemu i skuteczne wyznaczenie nieprzekraczalnych granic. Ponieważ każda otwierająca się instytucja kładzie na szali swoją wiarygodność, pilnowanie granic można uznać za jedno z najważniejszych wyzwań wobec jej obecności w Internecie. Niedawna sprawa ksenofobicznej bibliotekarki z Tomaszowic, posługującej się mową nienawiści na oficjalnym facebookowym koncie biblioteki, pokazuje przy tym, że granice przekraczane mogą być także z wnętrza instytucji. ¶10

Partycypacja oznacza też pewien margines negocjowania granic. Dostrzec to można szczególnie na Facebooku, gdzie ze względu na mechanizm i dizajn interfejsu wizerunek obecnej tam instytucji kultury tworzony jest nie tylko przez jej pracowników i pracownice publikujące regularnie oficjalne materiały, ale także przez komentujących je użytkowniczki i użytkowników. Kiedy w 2015 roku Muzeum Powstania Warszawskiego realizowało program obchodów kolejnej rocznicy bohaterskiego zrywu i zagłady miasta, poszczególne wydarzenia przyporządkowano symbolicznie do wybranych wartości etosu powstańczego. Facebookowej stronie koncertu Warszawiacy śpiewają (nie)zakazane piosenki towarzyszyła grafika z wizerunkiem jednego z aktorów młodego pokolenia oraz napisem TOLERANCJA. „Co ma wspólnego tolerancja z Powstaniem Warszawskim?” – pytali niektórzy użytkownicy komentujący wydarzenie, dyskutując o zasadności użycia tego – ich zdaniem – silnie nacechowanego ideologicznie (lewicowo) pojęcia (Co czuję, kiedy widzę kotwicę Polski Walczącej?, 2015). Muzeum w żaden sposób nie broniło swojej decyzji, a moje pytanie na ten temat zadane mailowo rzecznik prasowej Annie Kotonowicz pozostało bez odpowiedzi. Do tej pory jest to dla mnie wstrząsający przykład dezercji instytucji wobec użytkowników naruszających granice wyznawanych przez nią wartości. Nie chce mi się wierzyć, że tolerancja jako wartość nie leży w kręgu zainteresowań muzeum, gdzie może być dyskutowana nie tylko w historycznym (na przykład na podstawie relacji ze zbiorów historii mówionej), ale i współczesnym kontekście. ¶11

Partycypacja – także ta możliwa dzięki Internetowi – pozwala nie tylko na dyskusje, ale też daje konkretne efekty. W idei crowdsourcingu mieści się cała nadzieja na to, że odpowiednio liczne grupy osób nieposiadających specjalistycznego wykształcenia i kompetencji mogą w istotny sposób wspierać wiedzotwórczą, merytoryczną działalność instytucji kultury: na przykład opisać słowami kluczowymi ogromny zestaw nieopracowanych dotąd fotografii, udostępnianych w Internecie przez muzeum lub archiwum. Teoria crowdsourcingu proponowana przez Alexandrę Eveleigh w artykule Crowdsourcing Out the Archivist? Locating Crowdsourcing within the Broader Landscape of Participatory Archives (2016) pokazuje, że także w tej przestrzeni instytucja może dowolnie kształtować granice, których nie pozwoli przekroczyć swoim aktywnym współpracownikom. Zaangażowana we współpracę z instytucją grupa może przecież jedynie wykonywać zlecone przez nią zadania (model transcription machines) albo – z drugiej strony – sama decydować o tym, jak przetworzy i opracuje udostępniony zbiór zdigitalizowanych materiałów (model collaborative communities). Na osi pionowej widać rozróżnienie między organicznym a mechanicznym charakterem organizacji wspólnej pracy, na osi poziomej rozróżnienie między cechami zbiorowości (społeczność vs tłum) uczestniczących w projekcie: ¶12

Matryca typów crowdsourcingu dziedzictwa, źródło: Eveleigh, A. (2014). Crowding out the archivist? Locating crowdsourcing within the broader landscape of participatory archives. Crowdsourcing our Cultural Heritage, 211-212.

Zbierając materiały do książki, spotkałem się z zespołem Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN w Warszawie. To instytucja bardzo dobrze pasująca do proponowanej przez Rossa Parry’ego idei muzeum postcyfrowego – oczywiście nie z powodu nasycenia głównej ekspozycji sprzętem elektronicznym, a twórczego wymieszania w działaniach tego co stacjonarne i tego co zdalne, internetowe. Jeszcze przed oddaniem siedziby muzeum w 2013 roku POLIN prowadziło, przejęty rok wcześniej od Żydowskiego Instytutu Historycznego, projekt Wirtualny Sztetl, którego celem było oddolne, społecznościowe zbudowanie bazy informacji o zabytkach żydowskiego dziedzictwa oraz miejscach pamięci w Polsce. Kształt tej inicjatywy ewoluował od bardzo szerokiej otwartości na wkład użytkowników w kierunku coraz większej jego kontroli i merytorycznego formatowania. ¶13

Zgodnie z perspektywą postcyfrową, prawdziwych efektów tej inicjatywy szukać należałoby nie tylko w przyrastającym wolno zasobie informacji i materiałów dotyczących dziedzictwa żydowskiego, ale również zmianie, jaka dokonuje się wśród jego uczestników. Twórca portalu wspomniał o tym, jak jeden z użytkowników – pewien pan z Lęborka – amator historii bez wykształcenia kierunkowego zdobył nowe kompetencje i wiedzę w zakresie historii i dziedzictwa żydowskiego poprzez aktywny udział w projekcie. Proces ten rozpoczął się od masowego odrzucania jego edycji – merytoryczne uwagi pracowników i pracownic muzeum inspirowały go jednak do zdobywania wiedzy i ostatecznie pozwoliły na postęp w tej materii.
Muzeum POLIN jako centrum wiedzy i kompetencji nie przekazało ich za pomocą jednokierunkowej komunikacji, ale w ramach prowadzonego przez Internet dialogu. Właśnie takiej postawy zabrakło u osób reprezentujących Muzeum Powstania Warszawskiego na Facebooku, dezerterujących z przekazywania i obrony wartości własnej instytucji we wspomnianej wyżej dyskusji o tolerancji – nie oznacza to jednak oczywiście, że woli tej brakuje w innych projektach bogatej oferty edukacyjnej tej instytucji. ¶14

Obrona wartości jest zresztą dla instytucji trudniejszym wyzwaniem niż obrona kompetencji merytorycznych – te ostatnie są mierzalne (wiadomo, co instytucja wie i jakie zasoby posiada) oraz dają się wyrazić za pomocą konkretnego języka faktów i danych. W odróżnieniu od tego dyskusja o wartościach to zawsze wymiana pewnych ogólnych interpretacji i subiektywnych doświadczeń, których drugi człowiek może nie podzielać lub nie rozumieć. Wydawałoby się, że otwarcie instytucji na partycypację – także przez Internet – jest bezpieczniejsze dla jej pozycji, kiedy opiera się na faktach i odwołuje do jej wiedzy i zasobów. Niestety tak nie jest. ¶15

Wyobraźmy sobie muzeum historyczne, które na swojej stronie na Facebooku podejmuje temat wydarzeń w Jedwabnem przy okazji konferencji organizowanej w ich rocznicę. W dyskusji pod postem zaczyna ujawniać się grupa użytkowników i użytkowniczek, którzy wbrew faktom zaczynają negocjować status tej zbrodni oraz odpowiedzialność Polaków. Jaka powinna być reakcja muzeum, reprezentującego wiedzę i kompetencje merytoryczne? Czy powinno wchodzić w dyskusję, czy może kasować wpisy podważające uznane fakty? Przy czym dla wypracowania odpowiedzi na te pytania nie jest ważne to konkretne zagadnienie historyczne, ale sam mechanizm. Co może zrobić instytucja? Może w imię pluralizmu uznać alternatywne interpretacje nawet jeśli nie za równie wartościowe, jak własne, to przynajmniej – ze względu na wolność słowa – możliwe do upublicznienia w przestrzeni przez siebie kontrolowanej. Może też starać się zasymilować grupę wyznającą alternatywne interpretacje poprzez bezpośrednią edukację – przytaczanie faktów i ujawnianie błędów w argumentacji. Wymaga to odpowiednich zasobów (czasu i wiedzy) oraz nie gwarantuje sukcesu. Może izolować kwestionującą jej kompetencje grupę, wyraźnie wskazując na to, że prawda i wiedza są po stronie instytucji. Może ostatecznie kasować komentarze posługujące się fałszem i uproszczeniami. ¶16

W jednym z początkowych rozdziałów przywołałem ideę instytucji kultury jako tak zwanego trzeciego miejsca. Robię to także tu, aby wskazać bardzo wyraźnie, że w odróżnieniu od promujących się w Internecie firm rynkowych dla instytucji kultury ruch i dyskusja nie są wartością samą w sobie. Za stwierdzeniem tym stoi argumentacja etyczna, a nie techniczna, odwołująca się do skuteczności marketingowej takiego szumu. Internet, kiedyś uznawany za globalną bibliotekę i narzędzie globalnej, egalitarnej edukacji, dziś wspiera niebezpieczne ruchy antynaukowe, począwszy od fundamentalistycznych teorii biologicznych, po teorie spiskowe, medycynę alternatywną, ruch antyszczepionkowy czy „negocjowanie” znanych faktów historycznych. To jest prawdziwa przestrzeń, w której funkcjonują dziś instytucje, i to stanowi kontekst ich działania w Internecie. ¶17

Kryzys partycypacji

Nic więc dziwnego, że otwartość na partycypację przeżywa dziś spory kryzys, nie tylko w sektorze instytucji kultury. W 2016 roku do licznej grupy serwisów informacyjnych, które zrezygnowały z opcji komentowania swoich treści publikowanych na oficjalnych stronach, dołączył publiczny amerykański nadawca radiowy NPR (National Public Radio). Z PR-owej nowomowy informacji prasowej na ten temat trudno wyłowić prawdziwe powody tej decyzji. Jak sugeruje Karl Bode z poczytnego bloga TechDirt, outsourcing komentarzy ze strony domowej do Facebooka i Twittera może być motywowany nie tyle troską o zachowanie jakości konwersacji, ile rosnącymi kosztami moderacji (NPR The Latest Website To Prevent You From Commenting Because It Simply Adores ‘Relationships’ And ‘Conversation’, 2016). Przy przeniesieniu dyskusji do mediów społecznościowych koszty te mogą być przynajmniej częściowo ograniczone – Facebook oraz Twitter posiadają własne mechanizmy zgłaszania nieprawidłowości w komentarzach, obsługiwane przez wewnętrzne zespoły. Zespoły – co warto dodać, aby przy okazji ujawnić kolejną niewidzialną okoliczność – działające w warunkach, których nie pozazdrościłby pewnie nawet pracownik najbardziej prostackiej polskiej firmy telemarketingowej. ¶18

24 września 2013 roku w portalu internetowym ukazującego się od 1872 roku miesięcznika „Popular Science” pojawiła się informacja, że wszystkie publikowane od tej pory artykuły standardowo pozbawione będą sekcji komentarzy. Jak czytamy w tekście notki: „Comments can be bad for science” – nie tylko polaryzują postawy, ale też inspirują błędne interpretacje. Nawet małe grupy odpowiednio zdeterminowanych komentujących są w stanie skutecznie przeinaczyć przekaz artykułu. „Mam nadzieję, że zgodzicie się z nami. Nie róbcie tego dla nas, zróbcie to dla nauki” – kończy swój tekst redaktorka działu internetowego „Popular Science”, Suzanne LaBarre. Oczywiście magazyn pozostaje obecny na Facebooku – nawet silne instytucje nie mogą sobie pozwolić na pełną autonomię wobec dominującej dziś w Internecie przestrzeni. W sytuacji „Popular Science” może się znaleźć każda instytucja pragnąca się otworzyć w Sieci na jakiekolwiek formy partycypacji. Nawet jeśli żadna z nich nie będzie posiadać sekcji komentarzy na swoich stronach, to decyzję o ograniczaniu dyskusji podjąć trzeba będzie choćby wobec publikacji na Facebooku. ¶19

Gdybym chciał w tym miejscu zamknąć wątek niebezpieczeństw wiążących się z otwartością na partycypację, zignorowałbym konkretne sytuacje, w których instytucje kultury – całkowicie świadomie i intencjonalnie – zezwalają aktywnym odbiorcom na przekraczanie granic. Przykładem takiej otwartości jest fragment głównej ekspozycji Europejskiego Centrum Solidarności w Gdańsku. Na jednej ze ścian wywieszone są białe i czerwone karteczki, układające się – przynajmniej tuż po otwarciu wystawy – w charakterystyczny napis: Solidarność. Każdy zwiedzający i zwiedzająca może wybrać dowolną karteczkę i napisać na niej kilka słów. Oczywiście obok sentymentalnych podziękowań czy wyrazów szacunku dla osób walczących o wolność znaleźć tam można rozmaite wyznania, począwszy od pozdrowień dla znajomych zwiedzających obiekt czy wyrazów miłości do klubu piłkarskiego. Chociaż wspólnie tworzona ściana pamięci jest z technicznego punktu widzenia projektem analogowym, to – jak już powinniśmy się do tego przyzwyczaić – ma swój postcyfrowy charakter, ponieważ fotografie podpisanych karteczek trafiają do mediów społecznościowych, w tę przestrzeń przenosząc także jakiś ślad instytucji i historii, która jest tam opowiadana. ¶20

Ściana z karteczkami na ekspozycji ECS-u przypomina, że dziedzictwo – a także interpretacje historii – jest zawsze dyskursywne, a jego interpretacje powstają w rezultacie mieszania się wielu różnych głosów. Jednak co dzieje się, kiedy niektóre z tych głosów przekraczają pewne granice? Zapytałem o to osobę pracującą w tej instytucji: ¶21

Tablica jest moderowana w wariancie minimum, obraźliwe kartki są eliminowane. Archiwizujemy zapisane kartki, jeśli nie mieszczą się już na naszej ścianie. Marzyłoby nam się małe socjologiczne badanie zawartości, kusimy lokalnych socjologów. […] Wulgarne słownictwo jest kluczem [do moderacji], przyznam, że kartki krytyczne wobec Solidarności, wystawy, opisywanych wydarzeń zostają i są do poczytania. Co jednak ciekawe, wbrew poczuciu radykalizacji języka debaty publicznej, hejt nie znajduje odzwierciedlenia na naszej ścianie. ¶22

Wspomniany wcześniej magazyn „Popular Science” nie może pozwolić sobie na to, aby komentarze przeinaczały przekaz publikowanych tam artykułów. Muzea czy archiwa, publikując w Internecie swoje zbiory, automatycznie się na to zgadzają. Zgodzić się muszą nawet wtedy, kiedy ich tam nie umieszczają – wszystkie obiekty dostępne publicznie w muzeach, galeriach czy archiwach potencjalnie są już w Internecie. Głównym nurtem takiej oddolnej digitalizacji jest fotografowanie komórkami obiektów wystawianych w muzeach – co stanowi dobry przykład masowej partycypacji. Oderwane od kontekstu instytucji źródłowej amatorskie reprodukcje trafiają do Internetu, gdzie nikt już nie może rościć sobie pretensji do kontroli nad ich wykorzystaniem, chyba że mamy na myśli poważne sprawy o naruszenie praw autorskich. Taki jest właśnie los wielkich dzieł sztuki – kto zliczy liczbę wersji Damy z gronostajem dostępnych przez wyszukiwarkę Google Image Search? Muzeum nie ma narzędzi do tego, aby blokować to zjawisko, ma jednak narzędzia, aby – przyjmując do wiadomości, że tak właśnie dziś wygląda korzystanie z kultury – potwierdzać swoją wartość jako przestrzeni wiedzy, kompetencji oraz (co chyba bardzo ważne) jako dyspozytariusza oryginalnych, fizycznych obiektów, będących matrycą dla nieskończonych reprodukcji. ¶23

Można tu znów przywołać problem „żółtej” Mleczarki z holenderskiego Rijksmuseum. Skala problemu była poważna: odwiedzający muzeum ludzie nie chcieli wierzyć, że sprzedawane w muzealnym sklepiku pocztówki przedstawiają prawdziwy obraz. Po dodaniu do Sieci przez Rijksmuseum własnej reprodukcji, przygotowanej w profesjonalny sposób i dostępnej w bardzo dobrej jakości, za darmo i bez warunków wstępnych – obraz znajduje się w domenie publicznej. Czy taki gest zachęcał do nieautoryzowanego wykorzystania i przetwarzania dzieła Vermeera? Tak, muzeum w radykalny sposób otworzyło się na partycypację w swoich zbiorach, zgadzając się nawet na to, że wszelkie republikacje reprodukcji z ich zbiorów mogą nie być oznaczane jako pochodzące z Rijksmuseum. Publikując doskonałej jakości kopię cyfrową (w technicznym tego słowa znaczeniu), muzeum potwierdzało jednak swój status oficjalnego dyspozytariusza dzieła i kompetencje w zakresie jego ochrony, ekspozycji i opracowania. ¶24

Sposób, w jaki Rijksmuseum traktuje własne zbiory oraz jak w ogóle interpretuje to, czym jest i jak działać powinno dziedzictwo kulturowe, może szokować tych, którzy pozostają zwolennikami bardziej strażniczej i konserwatywnie pojmowanej misji instytucji kultury. W 2013 roku „New York Times” przytoczył słowa dyrektora zarządzającego zbiorami tego muzeum, który zapytany, czy widzi jakieś ograniczenia dla wykorzystania reprodukcji dzieł ze swoich kolekcji, odparł: ¶25

Jeśli chcą mieć Vermeera na papierze toaletowym, wolałbym, żeby to była bardzo dobra reprodukcja na papierze toaletowym niż bardzo zła reprodukcja (Masterworks for One and All). ¶26

Dość dobre podsumowanie tego problemu znalazłem w artykule Łucji Piekarskiej-Duraj, piszącej o dynamicznej koncepcji dziedzictwa przyjętej w strategii projektu Wirtualne Muzea Małopolski (Facebook i facepalm. Kontekstualizacja dziedzictwa w regionalnym muzeum wirtualnym, 2015). Dziedzictwo tworzy się w i poprzez interpretacje – odczytania, cytaty, prezentacje, użycia. Jeśli przyjmujemy taki sposób myślenia, to jego konsekwencją jest zgoda na to, że wiele – a nawet zdecydowana większość – sposobów użycia naszych zbiorów oraz ich interpretacji nie będzie zgodna z misją muzeum czy archiwum. Trudno jednak spodziewać się, aby to samo mogli powiedzieć dyrektor lub dyrektorka na przykład muzeum martyrologicznego. Sprzeciw wobec robienia selfie na terenie Auschwitz czy łapania pokemonów w nowojorskim Muzeum Holocaustu pokazuje, że otwartość na partycypację może być negocjowana i z pewnością nie jest zasadą obowiązującą zawsze i wszędzie. ¶27

Podmiotowość użytkowników

Istnieje jeszcze jedna ważna strona partycypacji. Tym razem chodzi nie tyle o obronę statusu instytucji jako źródła wiedzy i kompetencji, ale o podmiotowość jej użytkowników. Przyjęcie postcyfrowej perspektywy zobowiązuje nas do zaglądania za kurtynę i eksplorowania zaplecza oferowanych nam w Internecie rozwiązań i usług. Stąd choćby studia nad oprogramowaniem i kulturowym znaczeniem interfejsów, ale też podglądanie i ujawnianie ogromnej nieproporcjalności w relacjach między użytkownikami a właścicielami wielkich systemów informatycznych, takich jak Google czy Facebook. Brak równowagi widoczny jest szczególnie w sferze naszych prywatnych danych i treści, które są kapitałem, jaki firmy te monetyzują na coraz to nowe sposoby. Użytkownicy Facebooka czy Google’a – nawet ci instytucjonalni – nie mają zbyt wielu praw, a nawet te, które im przysługują, trudno wyegzekwować w zderzeniu z machiną biurokratyczną tych korporacji. Wobec tego warto postawić pytanie, czy instytucje kultury – szczególnie, jeśli mają być „trzecim miejscem” – powinny zmuszać swoich odbiorców do wchodzenia we własnościowy, niepubliczny i nieprzejrzysty system. ¶28

Lubię poruszać ten temat, bo – po pierwsze – dotyczy on prawie wszystkich, a po drugie – nie da się go rozwiązać, więc nie trzeba tracić energii na niepotrzebne książki i warsztaty. Wywołuje on uczucie czegoś w rodzaju technologicznego fatalizmu i nostalgii za czasami, kiedy nikt nie fotografował swoich obiadów, a uznane muzea w piątkowe południa nie pytały swoich odbiorców o ich plany na weekend. Rozwiązaniem może być jedynie wyjście z systemu, radykalne zerwanie w stylu cyfrowego samobójstwa (infosuicide). O ile osoby prywatne mogą zdecydować się na stanie z boku i omijanie grodzonych ogrodów (walled gardens), o tyle instytucje kultury, jeśli chcą być widoczne w Internecie, zazwyczaj nie mogą sobie na to pozwolić. ¶29

Kiedy opisałem tę sytuację podczas jednego ze spotkań konsultacyjnych do książki, ktoś zwrócił mi uwagę, że poza Facebookiem istnieje prasa, która dla komunikacji instytucji kultury wciąż pełni ważne funkcje, szczególnie na poziomie lokalnym. Prasa – podobnie jak Facebook – również jest własnościowa, to zamknięty system rządzący się własnymi prawami. Kiedy Facebook nie gwarantuje zasięgu naszej notce o zbliżającym się wydarzeniu, lokalny dziennik może zignorować nasze prośby o zamieszczenie zaproszenia w kolejnym numerze. I podobnie jak zaproszenie na Facebooku przeczytają tylko te osoby, które mają tam konta, zaproszenie w gazecie zobaczą jedynie ci, którzy ją kupią. Niby nie dzieje się nic nowego, zmienia się tylko skala. Ale to właśnie skala jest problemem. Kupno jednego numeru tygodnika nie zmusza mnie do wykupienia prenumeraty – a na Facebooku nie ma przecież jednorazowej obecności. Model działania mediów społecznościowych przypomina taktykę dilera – pierwsze wejście w system jest za darmo, za kolejne płacimy danymi. ¶30

Instytucje kultury, instytucje nauki, a nawet instytucje państwa pośrednio zmuszają ludzi do oddawania własnych danych. Bardzo często robią to, publikując jakieś treści lub informacje wyłącznie w zamkniętej przestrzeni Facebooka. Widziałem już masę informacji o sympozjach, warsztatach czy konferencjach udostępnianych wyłącznie tą drogą. Jeśli chcesz być na bieżąco, to trudno – musisz założyć konto.
To akurat dość jasna sytuacja, bardzo łatwo ją dostrzec i jeszcze łatwiej skrytykować, a rozwiązanie wydaje się dość proste. Ale jeśli instytucja w ramach strategii partycypacyjnej prosi użytkowników o twórczy wkład, choćby przy tagowaniu dużych zbiorów zdigitalizowanych dokumentów lub opisywaniu fotografii, a potem w żaden sposób nie wynagradza im tej pracy, trudno jest dostrzec w tym jakąś szczególną nieodpowiedzialność, gdy się tego wkładu nie dostrzega. A przecież podmiotowość osób uczestniczących w projekcie powinna być chroniona, jeśli wciąż ważna jest dla nas wartość instytucji kultury jako „trzeciego miejsca”. ¶31

Nina Simon we fragmencie swojej książki, w którym pisze o traktowaniu odbiorców muzeum jako osób (Treating People as Individuals), a nie liczb w statystykach, koncentruje się głównie na efektywności profilowania: im więcej wiemy o ludziach, którzy do nas przychodzą, tym lepiej, bo wiedzę tę możemy wykorzystać do profilowania naszej oferty i większej partycypacji. Facebook użycza instytucjom kultury narzędzia do takiego profilowania, przy czym dane pozostają jego własnością. Osoby korzystające z profili kulturalnych na Facebooku pozostają przede wszystkim jego użytkownikami, a nie partnerami dla zaangażowanego w media społecznościowe muzeum, archiwum czy domu kultury. Jeśli mamy traktować ludzi podmiotowo, to dajmy im alternatywę wobec wchodzenia do systemu, do którego mogą nie chcieć wejść. I jeszcze jedno: Simon, wskazując na wartość zbierania danych o użytkownikach instytucji, podkreśla znaczenie ochrony prywatności i odpowiedzialnej polityki zarządzania tego rodzaju informacjami. ¶32