Nowoczesność

Pobierz książkę w formacie epub Pobierz książkę w formacie pdf

28 lipca 2016 roku na stronie domowej międzynarodowej konferencji MuseumNext pojawiła się informacja, że na planowanym na grudzień wydarzeniu wystąpi brytyjski artysta i aktywista Neil Harbisson. Harbisson nie jest tak po prostu kolejnym mówcą, jednym z tych, którzy z wrodzoną lub wyćwiczoną gracją i swobodą potrafią w atrakcyjny sposób prezentować nawet skomplikowane tematy. Od rzeszy kobiet i mężczyzn, sformatowanych przez konferencyjny model TEDx i wyuczonych lekkości wprost z bitew słownych sceny startupowej, różni go jeden istotny szczegół. Neil jest założycielem Cyborg Foundation i kiedy występuje publicznie i mówi o cyborgach, nie tylko opowiada o swojej pasji, ale też udowadnia ją samym sobą – bo od ponad dekady nosi wszczepioną w czaszkę antenę. Cierpiąc od urodzenia na ślepotę barwną, dzięki antenie potrafi rozróżniać kolory, jednak nie za pomocą wzroku, lecz słuchu. Antena jest sztucznym dźwiękowym okiem (wiem, że okropnie to brzmi, ale tak właśnie jest) – czujnik kolorów wykrywa częstotliwości dźwięków i przesyła je do czipa z tyłu głowy. Przechodzący przez kości czaszki sygnał pozwala Harbissonowi rozpoznawać barwy. ¶1

Zmieniłem też sposób patrzenia na jedzenie – mówił Harbisson w 2012 roku podczas wystąpienia na konferencji TEDx. – Umiem tak dobrać produkty, żeby powstała moja ulubiona piosenka. (śmiech) Zmieniając ich kompozycję, tworzę nową kompozycję muzyczną. Wyobraźcie sobie restaurację, serwującą sałatki à la Lady Gaga. (śmiech) Może nastolatki zaczęłyby jeść warzywa. Koncerty Rachmaninowa jako danie główne. Bjork i Madonna na deser. Wspaniale byłoby zjeść w takiej restauracji. ¶2

Kiedy piszę te słowa, nie wiem, o czym Harbisson ma mówić podczas nowojorskiej konferencji MuseumNext. Być może o alternatywnych sposobach percepcji zbiorów muzealnych (swoją drogą, ciekawe byłoby posłuchać kolorów Malewicza lub Pollocka). A może powie o czymś zupełnie innym albo też jego występ ma jedynie podkreślić awangardowość wydarzenia. Nowy Jork, prawdziwy cyborg na scenie i przyszłość muzeów – to wszystko wizerunkowo bardzo zgrabnie się łączy. ¶3

¶4

Przemieszanie sposobów percepcji u Neila Harbissona to dobra metafora sporego problemu, jaki mamy dziś z jednoznaczną odpowiedzią na pytania związane z Internetem i kulturą. Wieki humanistycznych, socjologicznych, psychologicznych czy artystycznych debat na temat pojęcia „kultura” nie przyniosły żadnego rozstrzygnięcia. Ma to swoje dobre i złe strony, przy czym te złe ujawniają się głównie wtedy, gdy władza zabiera się za określanie, czym jest prawdziwa kultura. Jesteśmy przecież przyzwyczajeni do wieloznaczności tego pojęcia, a statystycznie – w perspektywie społecznej – pewnie nawet specjalnie nas ona nie obchodzi. ¶5

W przypadku techniki/technologii jest już jednak nieco inaczej – tutaj narzędzia i rozwiązania powinny poddawać się opisowi w sposób jednoznaczny i bezpośredni. Wiadomo, czym jest rower, telewizor, ekran komputera, a protokół TCP/IP umożliwiający wymianę danych między komputerami czy napędzająca sieć WWW usługa http mają bogatą oficjalną dokumentację jako globalny standard. Jednak nawet w tym tak konkretnym i obiektowym świecie nie da się uciec od metafor, często formatujących nasze rozumienie. Na przykład rozróżniamy powszechnie dwa stany istnienia informacji i treści: analogowy i cyfrowy. Każdy z nich może zostać opisany językiem technicznym: analogowość jako sygnał ciągły i niepodzielny, cyfrowość – jako sygnał dyskretny, składający się z uporządkowanych elementów. Zazwyczaj jednak w dyskusjach o współczesnej kulturze nie odwołujemy się do tych definicji i wybieramy błędne metafory: analogowe to coś, czego nie da się odczytać za pomocą komputera i oprogramowania, cyfrowe – to cała reszta. Czy to źle? Pewnie nie, chociaż przez takie uproszczenia tracimy z oczu pewną część rzeczywistości. Gdyby Harbisson zaprosił nas na obiad, to zajadając sałatkę z łososiem, my widzielibyśmy tylko kolory, podczas gdy jemu po głowie chodziłyby basy z przebojów Lady Gagi. ¶6

Wydaje mi się ważne i wartościowe, żeby spojrzeć na temat działalności instytucji kultury w Internecie, odrzucając popularne metafory i uproszczenia i korzystając z narzędzi poznawczych oferowanych przez współczesną humanistykę zainteresowaną mediami. To na pewno lepsze rozwiązanie niż budowanie refleksji na bazie marketingowej nowomowy, która dziś, zamiast humanistyki, wychowuje sektor kultury. Wycofana za wysokie mury świata akademickiego myśl humanistyczna z trudem przebija się do świadomości osób decydujących o strategiach instytucji kultury i całym sektorze, może też dlatego, że tak często odwołuje się do niewygodnych pojęć władzy, kontroli czy podmiotowości. Oprócz tego nie da się jej wprost przełożyć na codzienną rzeczywistość muzeów, bibliotek czy domów kultury. Ale do krytycznego na nią spojrzenia i zastanowienia się, co jest w niej dobre, a co złe, nadaje się z całą pewnością. Proponuje alternatywny wobec marketingu język, nawet jeśli niespecjalnie konkretny lub za bardzo zniuansowany. Rozwijane w ramach badań humanistycznych teorie mediów – żeby nawiązać tutaj do określenia Floriana Cramera, o którym więcej za chwilę – „suck but are useful”. ¶7

Nawet zwykła historia techniki może być dla nas czymś więcej niż tylko źródłem barwnych anegdot do opowiadania na konferencjach. Przykład? W 1968 roku amerykańskie agencje antymonopolowe zmusiły firmę IBM do oddzielenia usług sprzedaży sprzętu komputerowego od sprzedaży oprogramowania – dotąd obie usługi sprzedawane były w ramach niepodzielnej oferty. Decyzja ta dawała pewną wolność użytkownikom komputerów i umożliwiła rozwój nowego sektora gospodarki. Internet dziś jest dla wielu emanacją tej pierwotnej wolności ludzkiej komunikacji i twórczości, jednak – jak możemy zauważyć – ten dawny monopol powraca z wielką siłą. Dominujące globalnie Facebook, Twitter czy usługi przechowywania danych w chmurze z Google to przecież ukryte pod warstwą estetycznych interfejsów monopole łączące oprogramowanie, sprzęt i ogromne centra danych. Z takiej perspektywy popularna chmura to tylko myląca metafora. I nawet jeśli nie chcemy rezygnować z użytecznych i darmowych usług i narzędzi, to warto mieć świadomość, że uczestniczymy w pewnym oszustwie, a proces, którego jesteśmy częścią, ma już swoje historyczne analogie. Kiedy to sobie uzmysławiamy, świat pod powierzchnią ekranu komputera czy tabletu nie wydaje się już taki poukładany. ¶8

Zostańmy jeszcze na chwilę przy historii. Poza masą problemów związanych z definiowaniem kultury czy nazywaniem mediów po imieniu mamy jeszcze jeden kłopot. Nie bardzo wiemy, w jakim punkcie ewolucji społecznej i kulturowej jesteśmy, trudno nam jednoznacznie wskazać miejsce na osi czasu, które mogłoby pokazać nasz obecny status. Jak bez takiego fundamentalnego określenia podnosić problem nowoczesnej instytucji kultury, nowoczesnej przecież zawsze wobec czegoś? Kiedy czytamy o tym, w jaki sposób XIX-wieczne muzea wnosiły do zainteresowania naturą, kulturą, historią i dziedzictwem scjentystyczny porządek, dostrzegamy, jak racjonalnie planowana ekspozycja wykorzystująca rozkład sal w ogromnych gmaszyskach czy pierwsze badania nad publicznością tworzyły zupełnie nową jakość wobec XVIII-wiecznych gabinetów osobliwości – i właśnie w tym chcemy widzieć nowoczesność. Kiedy w kwietniu 1968 roku zebrani w Nowym Jorku przedstawiciele i przedstawicielki sektora kultury oraz ludzie z IBM rozmawiali wspólnie o wykorzystaniu komputerów w muzeach, również w pewien sposób definiowali nowoczesność – zatem konferencję tę możemy umieścić na osi czasu jako ważny etap modernizacji sektora. Poruszane podczas konferencji Computers and their potential applications in museums tematy, takie jak sieciowanie muzeów i wymiana danych o obiektach, analiza danych kulturowych, wspierany komputerowo dizajn czy wsparcie edukacji za pomocą rozwiązań IT reprezentowały technooptymizm i rzeczywiste możliwości techniczne końcówki lat 60. oraz proponowały nowoczesne uzupełnienie XIX-wiecznego paradygmatu muzeum. Czy dziś jesteśmy w stanie – chociażby krótko – wyjaśnić, na czym ma polegać nowoczesność współczesnych instytucji kultury oraz nadać jej jakiś czasowy kontekst? W odniesieniu do czego mielibyśmy to zrobić? ¶9

Przecież nowoczesne wcale nie musi oznaczać „nowe” – to co nowoczesne może być po prostu awangardowe, wykraczające poza krótką perspektywę, niezachowawcze, otwarte na zmiany. Niestety nowoczesność utożsamiana jest zbyt często ze stosowaniem nowych rozwiązań technicznych, nie ma też bardziej radykalnej i skuteczniejszej metody na podważenie tej prostej koncepcji, jak zderzenie się z doświadczeniem pokolenia naszych dzieci. Za każdym razem, kiedy słyszę o konferencji czy szkoleniu organizowanych w modelu „nowoczesne technologie w instytucjach kultury”, zastanawiam się, dla kogo tak naprawdę są one nowoczesne – czy dla osób pracujących w tych instytucjach, czy dla najmłodszych odbiorców ich oferty edukacyjnej lub artystycznej. Można w końcu wyobrazić sobie warsztaty, w których to nie dorośli pokazują dzieciom edukacyjny potencjał Minecrafta, ale dzieci stają się przewodnikami po tym świecie dla pracowników i pracownic instytucji kultury. Nowoczesność nie musi też wcale oznaczać wdrażania kolejnych multimediów do ekspozycji muzealnej czy organizowania kursów blogowania w bibliotece osiedlowej, ale może polegać na spotkaniu twarzą w twarz z historycznym obiektem czy ciekawym człowiekiem bez pośrednictwa interfejsu cyfrowego. – „To chyba jakieś nowoczesne muzeum – może za pięć lat powiedzieć moja córka po powrocie z wycieczki szkolnej. – Można było wszystkiego dotknąć i nie było żadnych ekranów!” ¶10

Kiedy synonimem nowoczesności w sektorze kultury staje się „stosowanie nowych mediów” czy „lepsze odpowiadanie na wyzwania kultury cyfrowej”, mamy do czynienia z dużym nieporozumieniem. Nowoczesność w takim przekazie to zawsze coś, co należy poznać, osiągnąć, zdobyć, wdrożyć. Nowe rozwiązania i strategie są traktowane jako dodatek do tradycyjnego, konserwatywnego kształtu i działalności instytucji i mają sprawić, że będzie ona up to date. Oznacza to dopasowywanie się do – uznawanych za zewnętrzne – warunków bardzo różnie rozumianej kultury. Cytowany w raporcie Nowoczesna instytucja kultury (2011), dyrektor jednej z poznańskich instytucji mówił: ¶11

Synonimem nowoczesności jest jakieś dopasowanie do tej rzeczywistości, która otacza tę instytucję kultury, czyli że ta instytucja działa tak, żeby zaspokajać wymogi czasu, że tak powiem. Instytucja kultury odpowiada na jakieś konkretne potrzeby ludzi i samej kultury, te potrzeby się zmieniają (s. 5). ¶12

Z takiej perspektywy kultura cyfrowa i sieciowe społeczeństwo w przedziwny sposób otaczają instytucję, wpuszczającą od czasu do czasu w przestrzeń swojej działalności odrobinę nowinek technicznych, aby tylko nie stracić z oczu uciekającego horyzontu technologicznego. W strukturze organizacyjnej pojawia się dział nowych mediów zamiast działu IT, a w bibliotece osiedlowej ktoś w końcu zakłada konto na Facebooku jako dodatek do działań informacyjnych. Jednak czy naprawdę chcemy myśleć, że nowoczesność przychodzi do tych instytucji z zewnątrz? Że kultura cyfrowa to coś, do czego muszą one dopiero dołączyć? ¶13