Trzecie miejsce

Pobierz książkę w formacie epub Pobierz książkę w formacie pdf

W 1989 roku Ray Oldenburg opublikował książkę, w której zaproponował pojęcie „trzeciego miejsca” – przestrzeni pośredniej między sformalizowaną i komercyjną sferą pracy a bezpieczną intymnością domu. „Trzecie miejsce” ma być czymś pośrodku, trochę jak pub albo kawiarnia, gdzie z jednej strony czujemy się swobodnie i możemy spędzać czas „bezproduktywnie”, ale z drugiej trudno tam wejść w samej pidżamie, bo obowiązują przecież pewne standardy świata pozadomowego. ¶1

Teorię Oldenburga nie raz próbowano wykorzystać w opisywaniu i sankcjonowaniu pozycji instytucji kultury w społeczeństwie. Zaburzają one przecież klasyczny kapitalistyczny porządek stref domu i pracy. Co więcej, w odróżnieniu od nich są otwarte i inkluzywne, mogą być miejscami spotkań, o ile oczywiście dysponują odpowiednim zapleczem. ¶2

Nie wiem, czy Oldenburg zgodziłby się na to, aby do katalogu „trzecich miejsc”, obok pubów i centrów handlowych, włączyć świeżo wyremontowane biblioteki i muzea wychodzące z ofertą poza swoje mury. Na ile bowiem instytucje kultury mogą gwarantować tak istotną dla idei „trzeciego miejsca” swobodę komunikacji, spotykania się i jak głęboko są w stanie redukować rozmaite formalności, które regulują ich pracę? Nie da się przecież zmienić tego, że w bibliotece – a już na pewno w samej czytelni – musi być cicho, a biegające po salach muzeum dzieci czy głośno rozmawiający dorośli przeszkadzaliby innym zwiedzającym. Poza tym tak wiele firm przyjmuje pewne cechy „trzecich miejsc” w celu zwiększenia sprzedaży: oddziały banków przypominają kawiarnie, a „galerie” handlowe imitują małe miasta, nieraz przy tym brutalnie eksploatując pracowników. Wyjątkowość „trzecich miejsc” rozmywa się coraz bardziej. ¶3

Jednak teoria Oldenburga może zostać nieco przekształcona. Podoba mi się w niej, że tym, co wydziela nową przestrzeń integracyjną, jest zawieszenie pewnych dominujących reguł. A przecież instytucje kultury to miejsca zawieszenia reguł. Muzea, biblioteki czy archiwa muszą funkcjonować w ramach reguł rynku (utrzymywać budżet czy kontrolować wydatki), ale mając misję publiczną, nie działają według rynku i robią wiele rzeczy, które z punktu widzenia zasad komercyjnych nie mają sensu. Według innych reguł określają swój sukces, inaczej również definiują, na czym polega własność. Odbiorca jest dla nich nie tyle klientem, co kimś pomiędzy gościem a użytkownikiem. ¶4

Nowoczesność instytucji kultury rozumiem właśnie jako zdolność do zawieszania niektórych dominujących reguł. Nie jest to wyjątkowo krytyczna propozycja, bo ignoruje całą tradycję badania nieprzezroczystości i polityczności instytucji kultury i dziedzictwa, a także ich funkcjonowania jako narzędzi polityki państwa. Ale zależy mi na prostej, pozytywnej propozycji – na pomyśle, jak można budować nowoczesność bez przyjmowania bezkrytycznie wartości proponowanych przez rynek i bez ślepej pogoni za nowinkami technicznymi. Budować ją też nie po to, żeby się dostosować, ale po to, by móc zaproponować coś własnego i nowego. W kolejnych rozdziałach będę wracał do tego pomysłu i postaram się pokazać, jak w ten sposób rozumiana nowoczesność może się przejawiać w praktyce. ¶5