Fikcje dostępu

Pobierz książkę w formacie epub Pobierz książkę w formacie pdf

Mamy nawyk łączenia wartości z rzadkością [scarity], ale świat cyfrowy podważa to połączenie ¶1

– pisze James Gleick w książce The Information: A History, A Theory, A Flood (2011). I wyjaśnia: można być właścicielem jakiejś pracy Jacksona Pollocka albo posiadać niezwykle rzadkie i cenne znaczki Mauritius „Post Office”, ale nie można być właścicielem informacji. Zdigitalizowane wersje tych obiektów, dostępne w Google Image Search, trafiają do milionów ludzi. W takiej przestrzeni rzadkość przestaje być wartością. Liczyć ma się tylko informacja. Materialny nośnik jest bez znaczenia… ¶2

Jasne. Jeśli o mnie chodzi, wolałbym mieć jakiegoś Pollocka niż tylko oglądać go sobie w przeglądarce. Perspektywa Gleicka to jednak fantastyczna inspiracja do głęboko krytycznego spojrzenia na klasowy i materialny kontekst digitalizacji. Pollock czy bezcenne znaczki z Mauritiusa to oczywiście przejaskrawiony przykład, ale problem da się ująć, przywołując bliższe nam sytuacje. Digitalizacja i udostępnianie zbiorów cyfrowych bywają przecież często przedstawiane jako działania demokratyzujące dostęp do dziedzictwa, wiedzy, informacji. Oderwanie obiektów od ich materialnych nośników ma ułatwiać dotarcie z nimi do tych, którzy z różnych względów nie mogą pojawić się w muzeum lub archiwum. Może też dawać wyliczone konkretnie oszczędności, tak jak w broszurze promocyjnej wydanej przez Narodowe Archiwum Cyfrowe: ¶3

Narodowe Archiwum Cyfrowe oszacowało, jakie korzyści finansowe płyną z digitalizacji dziedzictwa archiwalnego i tworzenia archiwów cyfrowych. Kwota 83 milionów złotych wskazuje wielkość bariery, jaką stwarza dostęp do zasobów archiwalnych w sposób tradycyjny, a także stanowi ważny wskaźnik do oceny wsparcia rozwoju kapitału społecznego w Polsce poprzez digitalizację i udostępnienie dziedzictwa kulturowego online. ¶4

Z drugiej strony, okazać się może, że digitalizacja cementuje pewne nierówności czy ograniczenia, a przynajmniej bardzo dobrze się do nich dostosowuje. Przecież czytnik ebooków może być opisywany nie tylko jako kolejne narzędzie ułatwiające lekturę, ale także jako pewna konieczność dla tych, którzy, nie posiadając w mieszkaniu miejsca na tradycyjne książki drukowane, muszą korzystać z oferty cyfrowej. Digitalizacja działałaby tu w taki sam sposób, w jaki działa w przypadku widzów, którzy na wielkim ekranie oglądają transmisje przedstawień z National Theatre. Ilu z nich, zamiast siedzieć w kinie, wolałoby być na miejscu, ale po prostu nie stać ich na bilet i spędzenie weekendu w Londynie? Podobnie muzeum cyfrowe może być, pewnie nieco złośliwie, interpretowane w kategoriach zakrywania problemu, jakim są na przykład wysokie ceny biletów wstępu na tradycyjną ekspozycję lub niedostosowanie budynku do potrzeb osób niepełnosprawnych. Przy takim podejściu to, co cyfrowe, zdigitalizowane, oderwane od cennej materialnej postaci, staje się w jakiś sposób wybrakowane. I kontakt z tak wybrakowanymi obiektami zaczyna przypominać oglądanie u znajomych zdjęć z ich miesięcznej podróży do ciepłych krajów, kiedy samemu przez cały luty siedziało się w małej klitce na przedmieściach i wyjeżdżało z domu jedynie do pracy. ¶5

Okazuje się więc, że ocenianie społecznych skutków digitalizacji dziedzictwa, a nawet, co jest przecież bardziej praktycznym problemem, budowanie założeń badań recepcji zbiorów cyfrowych, może prowadzić nas do niespecjalnie pozytywnych, a nieoczywistych wniosków. Pisze o tym Maria Popova w artykule Accessibility vs. access: How the rhetoric of „rare” is changing in the age of information abundance (2011), w którym krytykuje na przykład retorykę dostępności. Bo przecież co naprawdę znaczy to, że nasze zbiory, tak mozolnie zdigitalizowane i udostępnione w Internecie, są dostępne? Czym jest dostęp i jaka jest jego wartość? ¶6

Dostęp, w perspektywie zdigitalizowanych zbiorów, to raczej pewna możliwość lub obietnica, a nie twardy fakt, którym warto wykazać się przed grantodawcami lub opinią publiczną. Dostęp zawsze jest potencjalny, dopóki ktoś z niego nie skorzysta. To trochę jak z grą komputerową, której kod leży sobie spokojnie na twardym dysku. Kod staje się grą dopiero, kiedy ktoś go uruchomi i zacznie wchodzić w reakcje z jego regułami. ¶7

Popova wskazuje jeszcze na coś więcej: nie da się outsourcować dostępu, to znaczy wykupić sobie uwagi odbiorców i czasu, jaki przeznaczą na skorzystanie ze zbiorów cyfrowych. Żeby dostęp mógł stać się wartością, a nie jakąś nie do końca sprecyzowaną obietnicą, muszą zostać przekroczone trzy podstawowe bariery: ¶8

  • bariera poznawcza – dostęp nie jest możliwy bez świadomości, że określone zbiory istnieją i można z nich skorzystać;
  • bariera użyteczności – dostęp pozostaje fikcyjny nawet, kiedy jesteśmy świadomi istnienia określonych zbiorów, ale ta świadomość nic nam nie daje, nie odnosi się do naszych potrzeb, zainteresowań, kompetencji czy możliwości (na przykład prawnych, jak w przypadku czasopism udostępnianych za paywallem);
  • bariera motywacji – paraliż uwagi wynikający z nadmiaru dostępnych treści powoduje, że potrzebujemy dodatkowej motywacji i dodatkowego pośrednictwa, aby sięgnąć po określony zasób.

Być może trzy wskazane przez Popovą bariery mogą się nawet ułożyć w schemat zgrabnego planu strategii instytucji publikującej zbiory cyfrowe, w której dział PR otrzyma zadania upowszechnienia informacji o istnieniu zbiorów i wartościach, jakie daje korzystanie z nich, osoby opracowujące plan digitalizacji uwzględnią wyniki badania potrzeb odbiorców, a dział IT dopracowuje użyteczność strony repozytorium publikującego skany. Takie podejście zderza się niestety z twardą rzeczywistością modelu grantowego i praw autorskich, która skutecznie zmniejsza społeczną użyteczność projektów digitalizacyjnych i nie ułatwia przekraczania barier dostępu. Digitalizuje się bowiem i udostępnia nie tyle to, co jest potrzebne i atrakcyjne dla odbiorców, ale to, na co są środki i co można legalnie opublikować. W konsekwencji nieustannie tłumaczyć się trzeba z braku lub konieczności ograniczania dostępu do dużej części użytecznych dla użytkowników zbiorów. To przecież strasznie irytujące, kiedy po wyszukaniu w bibliotece cyfrowej interesującego nas tytułu trafiamy na informację, że wersja cyfrowa dostępna jest jedynie na miejscu lub po zalogowaniu. Potencjalny dostęp nie jest tu żadną wartością, jak więc można przedstawiać go w raportach jako pozytywny efekt wydawania publicznych pieniędzy? ¶9

No dobrze, ale jeśli już odbiorcy trafią do udostępnianych przez instytucję treści, to może przynajmniej zadziała jakiś efekt demokratyzacyjny? Jak pisała w 2007 roku Andrea Witcomb (The Materiality of Virtual Technologies: A New Approach to Thinking about the Impact of Multimedia in Museums), rozwój technologii cyfrowych sprawia, że dziedzictwo staje się bardziej polifoniczne i mniej zależne od „ekspertów”, a w konsekwencji na jego bazie o wiele swobodniej niż w przestrzeni muzeów i galerii mogą być kształtowane wartości i budowane interpretacje. Taka wizja digitalizacji nie tylko jako pewnego procesu technicznego, ale także zmiany społecznej przypomina nieco interpretacje Internetu z tego samego okresu. Dziś, w epoce komercjalizacji Webu, Snowdena, alt-rightu i baniek filtrujących, nikt nie chce pamiętać o tym, że w drugiej połowie lat 90. jedną z naczelnych metafor Sieci była „globalna biblioteka”, a po 2004 roku prawie każdy (ja też) zachwycał się możliwościami, jakie miało dać otwarcie się na „twórczy wkład użytkowników”. I chociaż przez ten czas Internet rzeczywiście zrewolucjonizował dostęp do wiedzy (kto dziś czyta drukowane teksty naukowe?), Wikipedia (co prawda z coraz większym trudem) wciąż udowadnia, że kolektywne budowanie wiedzy online ma jakiś sens, a open source jest standardem w programowaniu – to skutecznie odeszliśmy już od wizji Sieci jako wielkiej wyrównywaczki szans i siły jednoznacznie demokratyzującej. Mimo to digitalizacja dziedzictwa wciąż przedstawiana jest w ten sposób, a w środowiskach działających na rzecz większej dostępności zbiorów – nawet entuzjastycznie. ¶10

Rzeczywiście, jest się z czego cieszyć, bo pozwala ona nie tylko dotrzeć do treści, które do tej pory były niedostępne lub dostęp do nich wymagał wielkiego nakładu sił i środków, ale też otwiera nowe możliwości interakcji z dziedzictwem dzięki cechom postaci cyfrowej, szczególnie możliwości bezstratnego i bezkosztowego kopiowania i swobodnego przetwarzania, także za pomocą działających automatycznie algorytmów. Z drugiej strony, oczekiwany efekt demokratyzujący możliwy jest wyłącznie dla niewielkiej części przechowywanych w instytucjach zbiorów – według danych z 2015 roku, zebranych przez program ENUMERATE od ponad tysiąca instytucji europejskich (Survey Report on Digitisation in European Cultural Heritage Institutions), zdigitalizowanych jest około 23 procent zbiorów, a udostępnionych 32 procent zdigitalizowanych kolekcji i materiałów born digital. Dodatkowo zbiory nowsze, bardziej aktualne i zazwyczaj społecznie użyteczne są zamknięte ze względu na prawa autorskie – wykres digitalizacyjnej czarnej dziury opublikowany przez Europeanę to dobra wizualizacja tego stanu: ¶11

Źródło: The missing decades: the 20th century black hole in Europeana, CC0

Efekt demokratyzujący podważany jest jednak nie tylko przez ograniczoną dostępność zbiorów cyfrowych. Przy odpowiednio krytycznej interpretacji sam proces digitalizacji nie jest demokratyczny i ujawnia rozmaite mechanizmy władzy. W sektorze dziedzictwa takie podejście to nic nowego, od dawna przecież dyskutuje się problemy tak oczywiste, jak kwestia własności zbiorów w muzeach prowadzonych przez dawne państwa kolonialne, jak i mniej oczywiste, związane z mechanizmami opisywania i interpretowania obiektów. Joel Taylor i Laura Kate Gibson w tekście Digitisation, digital interaction and social media: embedded barriers to democratic heritage (2017) zwracają uwagę, że na takie krytyczne podejście zasługuje również digitalizacja, przy czym stwierdzają wprost – i chciałbym to też zrobić za nimi – że zazwyczaj nie jest tak, że współczesne instytucje intencjonalnie marginalizują niektórych odbiorców lub przekłamują fakty, narzucając opisy i interpretacje zbiorów. Jednak pewne funkcje władzy i kontroli są zawsze obecne nie tylko w samym procesie digitalizacji, ale też w tym, jak się go opisuje i jak interpretuje się jego znaczenie. ¶12

Szkodliwą, a nawet śmieszną utopią byłoby oczywiście oczekiwanie pełnej demokratyzacji procesu digitalizacji. Oznaczałoby to nie tylko odrzucenie określonych standardów, ale też podważenie kompetencji osób i instytucji pracujących przy zbiorach. Przecież nawet w archiwach społecznych, tworzonych często poza instytucjami i prowadzonych przez, w pozytywnym tego słowa znaczeniu, amatorów, nie ma pełnej swobody w zakresie planowania i prowadzenia digitalizacji. Badane przeze mnie polskie archiwa społeczne, budowane wokół bibliotek gminnych czy małych lokalnych organizacji pozarządowych, zazwyczaj nie przypominają „wspólnot digitalizujących”, mają raczej dość wyraźnych liderów i jasny podział kompetencji i praw w ramach poszczególnych działań. W przypadku projektów o większym zasięgu, takich jak GLAM-Wiki w Wikimedia Commons czy serwisie MyViMu, kompetencje i władza rozdzielane są już mniej arbitralnie, ale wciąż nie ma mowy o pełnej dowolności wyboru zbiorów czy metod ich opisywania, które mogą być wymuszane choćby przez konstrukcję interfejsów oprogramowania. Ono jest przecież czynnikiem formatującym udostępnianie i recepcję zbiorów cyfrowych. Wyszukiwarka Google Image Search pozwala na przeszukiwanie zbiorów licznych bibliotek, archiwów i muzeów cyfrowych, łącząc w jednym ogólnym interfejsie zasoby wielu zróżnicowanych instytucji. Korzystanie z reprodukcji cyfrowych w takiej przestrzeni nie wymaga w ogóle świadomości tego, kto i w jakim celu udostępnił określony obiekt – liczy się jego dostępność, ewentualnie jakość pliku. W społecznościowych inicjatywach oddolnej digitalizacji zachodzić może też dość szczególny proces prowadzący do ich homogenizacji i w efekcie odrzucania lub ignorowania tych zbiorów, które nie pasują do popularnego wzorca, na przykład pokazujących historię rodzinną lub intymną zamiast historii politycznej i wojskowej. Zjawisko to, zwłaszcza w kontekście polskich zbiorów i inicjatyw digitalizacyjnych, zasługuje na osobne badania i krytyczną interpretację. ¶13

Problem demokratycznego charakteru dziedzictwa cyfrowego, chociaż niepowodowany intencjonalnie przez instytucje sektora, jednak istnieje i objawia się na wielu poziomach. Badać go można, analizując, jakie zbiory zostały udostępnione i jak je opisano, ale to nie wystarczy. Niekiedy decyzja o digitalizacji wynika nie tylko z wolnego wyboru instytucji czy organizacji pozarządowej otrzymującej na to finansowanie, ale jest ograniczana ideologią programu grantowego, który może preferować określone zasoby i interpretacje. Na przykład instytucje państwowe prowadzące politykę historyczną finansować będą digitalizowanie tych zbiorów, które dokumentują jednoznacznie pozytywne wydarzenia lub fakty z dziejów narodu. Takie formatowanie ujawniać się może zresztą zdecydowanie na wyższym poziomie decyzyjnym. Jeśli prawo autorskie jest czynnikiem w istotny sposób wpływającym na digitalizację dziedzictwa, to przyjęcie określonych rozwiązań prawnych może ją blokować choćby w imię prawa własności lub ułatwiać w imię traktowania cyfrowego dziedzictwa jako bazy dla innowacji i rozwoju gospodarczego. Naturalnie takie procesy ujawniają się nie tylko po stronie grantodawców i instytucji – przecież tak wiele zależy od cech i kompetencji odbiorców, do których kierowane są zdigitalizowane zbiory. Bariera wykształcenia, umiejętności cyfrowych i języka to tylko niektóre z ograniczeń. ¶14

Wszystko to sprawia, że digitalizacja i udostępnianie zbiorów online nie mogą być przedstawiane jako prosta komunikacja instytucji z odbiorcami. Można za to opisać ją, co proponują Joel Taylor i Laura Kate Gibson, za pomocą metafory kodowania i dekodowania: ¶15

Źródło: Digitisation, digital interaction and social media: embedded barriers to democratic heritage, CC BY

Jak widać, nie tylko instytucje i odbiorcy pełnią pewne role w tym schemacie, obiekty także nie są transparentne. W 2008 roku niemieckie Bundesarchiv przekazało do repozytorium Wikimedia Commons reprodukcje cyfrowe 80 tysięcy fotografii, w tym wiele pochodzących z czasów III Rzeszy. Ponieważ zaimportowane zbiory posiadały oryginalne, współczesne im podpisy, przy każdym pliku automatycznie umieszczono informację: ¶16

Dla potrzeb dokumentacyjnych Niemieckie Archiwum Federalne często zachowuje oryginalny opis fotografii, który może być niepoprawny, wynikać z uprzedzeń, być przestarzały lub politycznie skrajny. ¶17

Nieadekwatne i manipulacyjne opisy fotografii to przynajmniej problem, który przy minimalnie krytycznym podejściu da się rozpoznać. Jednak wiele digitalizowanych obiektów wiążą ukryte historie, na przykład te o przemocy i wyzysku w koloniach, będące źródłem także dóbr kultury dla państw-kolonizatorów! ¶18

Bez wątpienia digitalizacja dziedzictwa jako proces techniczny i zjawisko społeczne wymaga krytycznych interpretacji, podobnych do tych rozwijanych wobec klasycznych ekspozycji muzealnych, organizacji i praktyk archiwów, wobec książki czy fotografii jako medium. Nawet bez znajomości rozbudowanych teorii warto przyjąć, że opowieść o digitalizacji jako sile demokratyzującej dziedzictwo ma poważne wady i warto ją traktować raczej jako metaforę, nie ignorując przy tym konkretnych pozytywnych efektów masowych inicjatyw digitalizacyjnych. Nie tylko badania i edukacja, ale też same instytucje zmieniają się pozytywnie dzięki digitalizacji, a na horyzoncie pojawiają się zupełnie nowe możliwości interakcji z dziedzictwem. ¶19

Jeśli przyjęcie krytycznej interpretacji oznacza niezgodę na „fikcję dostępu”, oznaczać musi także krytyczne podejście do badań efektów upowszechniania zbiorów w Internecie. ¶20